• Slider_szkola

WSPOMNIENIA ANNY BARAN (KRZESZOWSKIEJ),  ABSOLWENTKI ZSE, A OBECNIE WICEDYREKTORA.

W Zespole Szkół Elektrycznych w Kielcach pracuję od 1996 r. Z tego prawie  20-letniego okresu mam wiele miłych wspomnień zarówno jako nauczyciel przedmiotów zawodowych, ale też jako wicedyrektor szkoły (od 2007 r.). Najbardziej jednak zapadły mi w pamięć lata, które spędziłam w tej szkole jako uczennica 5-letniego technikum. Będą dla mnie zawsze miłym wspomnieniem 

z kilku względów. Przede wszystkim ze względu na moją wspaniałą klasę pełną indywidualności, obdarzoną wieloma „talentami” w przeróżnych dziedzinach. Daliśmy się poznać w szkole zarówno od strony naukowej, jak i od rozrywkowej… Wspomnienia klasowe to oczywiście wycieczki szkolne, dyskoteki w internacie, kurs tańca w WDK- u przed studniówką, no i oczywiście sama studniówka. Można by o nich opowiadać godzinami, zwłaszcza jak się spotka kilku absolwentów „Elektryka”. Szkoła to uczniowie, ale też i pedagodzy. Zawsze ciepło wspominam moich nauczycieli przedmiotów zawodowych: Lidię Molendę,Irenę Chrząszczyk, Marka Leszko, którzy byli kompetentni i wymagający i to dzięki nim wybrałam studia na uczelni technicznej, a swą wiedzę i doświadczenie mogę teraz przekazywać jako nauczyciel kolejnym pokoleniom „Elektryka”. Szczególne wspomnienia dotyczą mojej wychowawczyni – śp. Danuty Wykurz. „Danuśka”, bo tak ją nazywaliśmy, była polonistką i to ona sprawiła, że „bawiliśmy się w teatr”, wystawiając m. in. przedstawienie poświęcone twórczości Cypriana Kamila Norwida. Naszym występem wszyscy byli zachwyceni, zwłaszcza „kreacją aktorską” kolegi Krzysztofa Słonia. Dzięki naszej wychowawczyni na przerwach między lekcjami dyskutowaliśmy nie tylko o maszynach elektrycznych, zasadach dynamiki Newtona, funkcjach trygonometrycznych, ale także np. o książkach Witolda Gombrowicza czy Marka Hłaski. Zawsze też będę wdzięczna moim nauczycielkom matematyki i fizyki: Lidii Tylkowskiej i Janinie Lisiakiewicz za to, że dzięki nim mogłam rozwijać swoje zainteresowania przedmiotami ścisłymi. Wspomnień jest wiele, zwłaszcza tych przyjemnych, więc mam nadzieję, że świetną okazją do „odświeżenia pamięci” będą spotkania podczas jubileuszu 40- lecia ZSE.

 

WSPOMNIENIA LIDII MOLENDY, WIELOLETNIEGO NAUCZYCIELA PRZEDMIOTÓW ZAWODOWYCH W ZSE.

• Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień……

W moim przypadku to już nawet czterdzieści trzy lata minęły od chwili, gdy przekroczyłam mury Technikum Mechanicznego (nasza szkoła była jeszcze w budowie), by jako nowo upieczona nauczycielka przedmiotów elektrycznych, rozpocząć pracę z młodzieżą. Bez żadnego doświadczenia, żadnej praktyki i żadnego przygotowania pedagogicznego. Miałam 22 lata, byłam świeżo po studiach (technicznych, a nie pedagogicznych) i naprawdę nie wiedziałam, co mnie czeka. Rzeczywistość szkolną znałam jedynie z pozycji uczennicy i studentki, a przyszło mi stanąć po drugiej stronie katedry. Co mnie zatem skłoniło do wyboru pedagogicznej „kariery”? Otóż, nie wyobrażałam sobie wtedy, że można nie mieć wakacji. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że uczyć jest fajnie.

• Trudne początki

Pierwszy rok mojej pracy wspominam jak jakiś koszmarny sen, który niestety spełniał się każdego dnia. Moi uczniowie byli niewiele młodsi, a w „wieczorówce” dużo starsi ode mnie i bardzo chętnie sprawdzali moją wiedzę oraz umiejętności dydaktyczno- wychowawcze, których dopiero się uczyłam. Zadawali mnóstwo pytań, niekoniecznie w celu poszerzenia swojej wiedzy i często zupełnie niezwiązanych z lekcją. Musiałam więc być bardzo dobrze przygotowana merytorycznie, żeby sprostać „wyzwaniom”. Pamiętam, że przez całe studia do żadnego egzaminu nie uczyłam się tak solidnie jak do każdej nowej lekcji. Żyjąc w stresie, przez pięć dni w tygodniu nabierałam stopniowo doświadczenia. Zaczęłam poznawać zasady dydaktyki i kiedy już udało mi się pokonać strach przed uczniami, próbowałam ich czegoś nauczyć. Powoli odkryłam, jaka to ogromna satysfakcja widzieć zainteresowanie słuchaczy tym, co mówię, obserwować ich rozwój i radość z pokonywanych trudności. I tak oto, po odkryciu w sobie belfra, zaczęła mi się podobać misja bycia nauczycielem. Oczywiście, to co mnie najbardziej cieszyło, to wakacje. Kolejne lata nie były już takie traumatyczne, ale do dziś współczuję młodym nauczycielom, którzy zaczynają pracę.

• Trochę refleksji

Przy okazji spotkań po latach, zjazdów czy jubileuszy odżywają w nas wspomnienia. Do czasów szkolnych wracamy pamięcią szczególnie chętnie, bo to przecież najprzyjemniejszy okres naszego życia. Przypominamy sobie nauczycieli, kolegów, zabawne klasowe zdarzenia. Ja też czasem uśmiecham się do swoich wspomnień, myśląc o wielu wspaniałych ludziach, których miałam szczęście spotkać na swojej szkolnej drodze. Nie tylko razem pracowaliśmy, ale lubiliśmy ze sobą przebywać również poza szkołą. Spotykaliśmy się prywatnie, towarzysko, rodzinnie. Zawiązały się przyjaźnie, które przetrwały do dziś i które bardzo sobie cenię. Z niegasnącym sentymentem wspominam pierwszą dyrektorską ekipę naszej szkoły. Dyrektorem- założycielem Zespołu Szkół Elektrycznych był niezwykłe ciepły i dobry człowiek, magister matematyki, Stanisław Czernicki. Uczniowie dali mu przydomek „Dziadek” i chyba naprawdę miał coś z dobrego dziadziusia, bo choć był wymagający, potrafił zadbać o bardzo dobrą atmosferę w pracy. Zastępcy dyrektora – Amelia Rozborska, Stefan Tyszkiewicz i Jerzy Pękala tworzyli zgrany, lubiany przez nauczycieli i młodzież zespół. Przypomnę, że były to niełatwe, tzw. komunistyczne czasy, które wymuszały pewne postawy i zachowania. Na szczęście nie były nam one narzucane. Dzięki ówczesnej dyrekcji nasza szkoła była przede wszystkim miejscem, gdzie uczniowie mogli się rozwijać, a nauczyciele spokojnie pracować. Mieliśmy też wtedy wspaniałych uczniów, którzy po trudach egzaminów wstępnych wiedzieli, po co przyszli do szkoły, pilnie pracowali i odnosili sukcesy. Podziwiałam ich pracowitość i młodzieńczy entuzjazm. Uczyć ich to była wielka przyjemność.

• I co dalej…

I tak rok za rokiem, mijały kolejne lata i kolejne wakacje. Sporo się w szkole zmieniło, a ja się bardzo cieszę, że wciąż tu jestem i robię to, co lubię. Zmieniło się też to, że teraz czekam nie tylko na wakacje, ale również na pierwszy dzwonek w nowym roku szkolnym. Praca z młodzieżą daje mi nadal wiele satysfakcji.

 

WSPOMNIENIA MICHAŁA CEDRO, ABSOLWENTA ZSE,  OBECNIE NAUCZYCIELA PRZEDMIOTÓW ZAWODOWYCH.

Mam bardzo wiele wspomnień związanych z okresem mojej nauki w ZSE. Nie skłamię, jeśli powiem, że większość z nich jest przyjemna. A w zasadzie nie większość, lecz wszystkie! Może dlatego, że to, co niemiłe, szybko zapominamy,  a może dlatego, że tak rzeczywiście jest – trudno stwierdzić. Jeśli miałbym jednak wybrać tylko jedno wspomnienie, to bez zastanowienia będą to lekcje pracowni elektrycznej i elektronicznej ze śp. inżynierem Marianem Pytlem. Po pierwsze dlatego, że bardzo dużo się nauczyłem. Inżynier był praktykiem, mógł nam pokazać wiele tzw. „myków”, o których nie przeczyta się w podręcznikach, a pozwalają rozwikłać wiele problemów zawodowych trapiących elektryka. Po drugie na lekcjach  u inżyniera Pytla nigdy nie było nudno. Gdy ktoś był nieprzygotowany do ćwiczeń,  to oczywiście nie mógł ich wykonywać, natomiast musiał się uczyć wierszyków. Zacytuję jeden, choć pamiętam ich wiele: „Lawina od tego bieg zmienia, po jakich toczy się kamieniach i jak powiedział już ktoś inny, można wpłynąć na bieg lawiny”. To, że je pamiętam do dziś, wcale nie znaczy, że często byłem nieprzygotowany  – wręcz przeciwnie J. Wierszyków nie zapomniałem, bo oprócz tego, że wpadały w ucho, to zawierały przesłanie. A każdą lekcję rozpoczynaliśmy oryginalnym powitaniem: „Dzień dobry Panie Inżynierze. Współczujemy Panu Inżynierowi i przyrządom pomiarowym!”. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego cały czas używam określenia inżynier, a nie profesor? Otóż, pan Pytel uważał, że powinno się stosować taki tytuł, jaki ktoś rzeczywiście posiada. Jeśli się ktoś zwrócił do niego: „Panie profesorze”, to robił dziwną minę i stwierdzał: „Dlaczego mnie przezywasz?”. Można by powiedzieć, że był dziwakiem. Tak, był nim, ale bardzo pozytywnym i w tym swoim dziwactwie potrafił przemycić ogromną wiedzę i doświadczenie. W ten sposób umiał dotrzeć do młodego człowieka. I ja, jako nauczyciel w ZSE, zawsze pamiętam o tym, że LEKCJA MUSI BYĆ CIEKAWA!

 

WSPOMNIENIE PIOTRA GOLDY, ABSOLWENTA ZSE

Jestem absolwentem Technikum Elektrycznego o kierunku energetyka cieplna z rocznika 1990/1991. Moją wychowawczynią była Elżbieta Szczepaniak. Następnie ukończyłem studia na ówczesnej kieleckiej Wyższej Szkole Pedagogicznej na kierunku zarządzanie i marketing. Obecnie pracuję jako analityk finansowy w jednej  z większych kieleckich firm. Naukę w Technikum Elektrycznym po latach wspominam ciepło, choć w jej trakcie lekko nie było. Może to za sprawą profesorów, którzy byli wymagający. Niezależnie czy uczyli „lżejszych przedmiotów”, jak np. wychowania fizycznego, czy też matematyki lub przedmiotów zawodowych, wymagali od nas dyscypliny i pracy. Do dziś pamiętam obowiązkowe czarne stroje, w których musieliśmy ćwiczyć na lekcjach gimnastyki u nieżyjącego już profesora Cudka. Skąd mieliśmy wziąć czarne stroje w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy kryzys, puste półki w sklepach i „komuna” miały się dobrze? Profesor Cudek proponował proste rozwiązanie: „Pójdziesz do sklepu chemicznego, kupisz czarny barwnik, weźmiesz biały podkoszulek, wieczorem go sobie ufarbujesz i na jutro strój masz gotowy...”

 

WSPOMNIENIA PRZEMYSŁAWA KOPACZA, ABSOLWENTA, A OBECNIE NAUCZYCIELA PRZEDMIOTÓW INFORMATYCZNYCH W ZSE

Co najbardziej utkwiło w moich wspomnieniach z lat spędzonych w „Elektryku”? Niezapomniane pozostaną lekcje z panem Marianem Pytlem… Do dziś pamiętam rytuał rozpoczynania zajęć: „Dzień dobry Panie Inżynierze! Składamy szacunek przyrządom pomiarowym. Współczujemy!” oraz ostatnie strony w zeszycie zapisane wierszami, które obowiązkowo recytowaliśmy przy każdej okazji. Przykładem niech będzie: „Mówi róża do motyla, niech pan nie siedzi, niech pan zapyla.” Miło wspominane chwile związane są z lekcjami z dyrektorem Marianem Kralą, który stosując niezwykłe metody motywacji, skutecznie przygotował nas do egzaminów, oraz zajęcia wychowania fizycznego z Andrzejem Mroczkiem, który organizował także dodatkowe zajęcia ze wspinaczki i samoobrony. Najbardziej o utrudnienie nam życia, starali się Małgorzata Łatkowska, Lidia Molenda, Ewa Juda. Ale to także im zawdzięczam rzetelną widzę.

 

WSPOMNIENIE TOMASZA SCENDO, ABSOLWENTA ZSE,  A OBECNIE NAUCZYCIELA PRZEDMIOTÓW ZAWODOWYCH.

Jestem absolwentem Zespołu Szkół Elektrycznych `kierunku elektryczna i elektroniczna automatyka przemysłowa. Ukończyłem szkołę w 1999 szkołę, a następnie kontynuowałem edukację na Politechnice Świętokrzyskiej na Wydziale Elektrycznym- specjalność automatyka. Uzyskałem również licencjat na Akademii Świętokrzyskiej na kierunku matematyka i informatyka. Obecnie jestem nauczycielem przedmiotów zawodowych i z łezką w oku wracam do czasów, kiedy to sam siedziałem w szkolnej ławie. Wśród wielu wspomnień właśnie to szczególnie utkwiło mi w pamięci. Jeden z moich kolegów „z nudów” wpadł na pomysł, aby zrobić wychowawcy, Stanisławowi Zabicielowi, malutki żarcik. Namówił swojego przyjaciela, który zadzwonił do profesora i przedstawił się jako pracownik „Radia Kielce”. Następnie poinformował go, że został wylosowany do konkursu, w którym można wygrać atrakcyjną nagrodę. Pan profesor ucieszył się i bardzo chętnie wyraził zgodę na udział w zabawie. Miał odpowiedzieć na trzy szybkie pytania. Dwa pierwsze były bardzo proste. Przed trzecim „redaktor Radia Kielce” uprzedził, że pytanie jest bardzo trudne i mimo że sam zna odpowiedź, to tak naprawdę nie ma pojęcia, czego ono dotyczy. Wychowawca zmartwił się, ale oczywiście wyraził chęć dalszej zabawy. Pytanie brzmiało: „Co jest jednostką mocy biernej?”. Słysząc to pytanie, profesor ucieszył się  i odpowiedział bez namysłu, że prawidłowa odpowiedź to „var”. Pochwalił się „redaktorowi”, że dla niego było to bardzo proste pytanie, bo jest inżynierem elektronikiem i nawet ostatnio na zajęciach ze swoją klasą omawiał to zagadnienie. Ponadto pan Zabiciel poinformował rozmówcę, że rozgłośnia zrobiła mu wspaniałą niespodziankę, ponieważ obchodzi urodziny . Nagrodą w quizie miał być radiomagnetofon, który należało odebrać w DT „Puchatek”. Po kilku dniach wychowawca zgłosił się po odbiór prezentu. Niestety, nikt w domu towarowym nie potrafił mu odpowiedzieć, od kogo tę wygraną należy odebrać. Po żmudnych i bezowocnych poszukiwaniach wrócił do domu bez nagrody. Po kilku dniach profesor pochwalił się w pokoju nauczycielskim kolegom, w jakiej sytuacji się znalazł. Zaczął podejrzewać, że to ktoś z naszej klasy zrobił mu psikusa. W delikatny sposób rozpoczął dochodzenie. Nikt oczywiście się nie przyznał, udawaliśmy, że nie wiemy, o czym mówi, a sami „dusiliśmy się ze śmiechu”. Stało się dla niego jasne, że to nasza sprawka. Żart został bardzo ciepło odebrany przez wychowawcę. Nikt w klasie nie miał przez ten figiel żadnych problemów, a pan Zabiciel jeszcze parę razy na to wspomnienie uśmiechał się i kręcił głową, patrząc na nasze „niewinne” twarze. Każdemu uczniowi Zespołu Szkół Elektrycznych życzę takiego Wychowawcy.

 

WSPOMNIENIA KPT. JACHT. BOGUSŁAWA TOMASIKA  – KOMANDORA ŻKM „BRYZA”

Urodziłem się w rodzinie, w której bardzo żywe były tradycje patriotyczne. Mój ojciec, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy i medalem „Polska Swemu Obrońcy”, był uczestnikiem wojny polsko- bolszewickiej. Bardzo wcześnie zainteresowałem się tematyką marynistyczną. Marzyłem o tym, że będę żeglował po morzach i oceanach. Po ukończeniu szkoły podstawowej na tajnych kompletach, rozpocząłem naukę w gimnazjum, a potem kontynuowałem edukację w liceum koedukacyjnym w Jędrzejowie. W tym czasie wstąpiłem do drużyny ZHP i jednocześnie zostałem członkiem Ligii Morskiej. W 1952 r. rozpocząłem pracę w Kielcach. Z realizacji marzeń nie zrezygnowałem. Po zlikwidowaniu przez ówczesne władze klubu Ligii Morskiej, wstąpiłem do Klubu Ligii Przyjaciół Żołnierza. Uczestniczyłem w szkoleniach żeglarskich, obozach, rejsach śródlądowych i trzech rejsach morskich, uzyskując kolejne stopnie żeglarskie i instruktorskie. Sytuacja zmieniła się po zawarciu przeze mnie związku małżeńskiego. Moja narzeczona, a potem żona, zasugerowała konieczność zrezygnowania z pasji. Na szczęście tak się nie stało. W 1962 roku na świat przyszedł mój pierwszy syn Jacek. Już  w wieku sześciu lat żeglował pod moją opieką, poznając tajniki sztuki żeglarskiej.  W 1976 roku zostałem pilotem do spraw żeglarskich w Kieleckiej Chorągwi ZHP. W tym czasie Jacek rozpoczął naukę w Zespole Szkół Elektrycznych w Kielcach. To tu zaczął się właściwy etap działalności harcersko- żeglarskiej. Wraz z synem postanowiliśmy powołać do życia drużynę harcerską o profilu żeglarskim. Naszą inicjatywę poparła wychowawczyni syna, Lidia Tylkowska. Zainteresowanie nią wykazała także młodzież, połowa klasy zadeklarowała wstąpienie do drużyny. Otrzymaliśmy akceptację dyrektora Zygmunta Adydana i poparcie komendanta szczepu ZHP, druha Mariana Krali. Drużyna została powołana do życia 5 listopada 1977 roku. Wtedy odbył się poranny apel, w którym oprócz dyrektora szkoły i komendanta szczepu ZHP, uczestniczyli członkowie lądowych drużyn harcerskich oraz przedstawiciele Rady Pedagogicznej. W czasie spotkania przedstawiłem zasady i cel  funkcjonowania drużyny. Jej pierwszymi członkami  byli uczniowie klasy Ie1: Jacek Tomasik, Artur Nalepa, Artur Anysz, Robert Sołtysik, Jerzy Słowiński, Krzysztof Puton, Janusz Słopiecki, Tomasz Gardyński .To oni stanowili kadrę funkcyjną. Opiekunami drużyny zostali: druh pwd Marian Krala i druh hm Bogusław Tomasik. Na pierwszej zbiórce nadano jej nazwę-  Harcerska Drużyna Żeglarska „Bryza” im. Władysława Wagnera  przy Zespole Szkół Elektrycznych w Kielcach.  Nasz patron to znakomity harcerz- żeglarz, który w latach 1932- 1939, jako pierwszy Polak opłynął kulę ziemską na jachcie „Zjawa”. Drużyna liczyła ponad 40 członków. Zimą 1978 roku harcerze przeszli kurs teoretyczny na stopień żeglarski, w sezonie wakacyjnym uczestniczyli w szkoleniu praktycznym w Ośrodku Ligii Ochrony Kraju w Jastarni pod egidą Bractwa Żelaznej Szekli. Po zdobyciu niezbędnych kwalifikacji, 28 członków drużyny wzięło udział  w rejsie morskim po Bałtyku na jachcie „Generał Zaruski”. Do załogi dołączył Jacek Tomasik, który powrócił z rejsu oceanicznego Algier- Hawana na flagowym jachcie ZHP „Zawisza Czarny”. Rokrocznie członkowie drużyny brali udział w rejsach morskich organizowanych przez Ligę Ochrony Kraju w Jastarni i w Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni. W 1981 roku drużyna licząca 60 członków zostaje podzielona na dwie grupy: ZDŻ „Bryza 1” i „Bryza 2”. Warunkiem zakwalifikowania się na rejsy morskie do krajów zachodnich jest znajomość języka angielskiego.  W latach 1982-83, za zgodą dyrekcji szkoły, został zorganizowany kurs językowy, który był elementem niezbędnym do morskich eskapad. Dyrektorzy Zespołu Szkół Elektrycznych popierali każdą inicjatywę, która zrodziła się  w głowach młodych żeglarzy. W 1996 r. drużyna zmieniła nazwę na  Żeglarski Klub Morski „Bryza ” przy Zespole Szkół Elektrycznych. Okazało się,  że zainteresowanie rozbudzone w szkole średniej zaowocowało w kolejnych latach, bowiem kilku uczniów Zespołu Szkół Elektrycznych podjęło studia w wyższych szkołach morskich. Uzyskali oni stopnie kapitańskie pozwalające prowadzić rejsy morskie po Bałtyku, Morzu Północnym, Morzu Egejskim, Morzu Śródziemnym, Adriatyku  i Atlantyku. Od 1978 roku aż do dnia dzisiejszego w połowie lutego o godzinie 16: 00 w sali 103 rozpoczynają się kursy żeglarskie. Za poparcie inicjatywy należą się  podziękowania dyrektor Aleksandrze Szulc oraz wcześniejszym zespołom kierowniczym Zespołu Szkół Elektrycznych.

 

Na podstawie wspomnień kapitana jachtowego  Bogusława Tomasika

opracowały:  Bożena Nowak i Beata Ślusarczyk-Mołdoch

Dodatkowe informacje